Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Starved Rock State Park. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Starved Rock State Park. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2026

Park Stanowy Starved Rock w poszukiwaniu wiosny

Nasz dystrykt szkolny rozpoczął właśnie spring brake, czyli tygodniową przerwę wiosenną. Wybraliśmy się zatem do mojego poblisku parku stanowego Starved Rock State Park w poszukiwaniu  wiosny .
Pogoda była bajeczna. Parking zatłoczony, szlaki pełne turystów. Na początku odwiedziliśmy Visitor Center, gdzie można poznać historię parku i obejrzeć ekspozycje.




Pierwszymi Europejczykami, którzy spotkali ludność tubylczą byli: traper Louis Jolliet i ojciec Jacques Marquette.




Francuski odkrywca René-Robert Cavelier de La Salle zbudował na skale Starved Rock na brzegu rzeki Illinois Fort St. Louis. Osada stała się centrum handlu futrami.



Po raz pierwszy udało mi się obejrzeć film o historii parku w niewielkiej sali kinowej.




Podobają Wam się takie plakaty w stylu vintage?




A tutaj ranger Filipiak ostrzega, by nie zbaczać ze szlaku i nie wspinać się na skały. 😉


Nagrodą za trud były jak zawsze widoki.










Czy rozpoznajecie i umiecie nazwać przedstawione poniżej wiosenne kwiaty?















poniedziałek, 26 maja 2025

Memorial Day, 11000 kroków, Owl & LaSalle Canyon


27 maja mieliśmy w USA święto narodowe i dzień wolny od pracy z okazji Memorial Day. Pogoda nawet dopisała, choć pamiętam lata, kiedy było tak upalnie, że relaks nad wodą był najbardziej sensownym rozwiązaniem. Dziś zdecydowałam się jednak na wędrowanie przez malowniczy, poprzecinany kanionami, The Starved Rock State Park. I jak się okazało, mnóstwo osób tego dnia miało zamysł podobny.










Pierwszym miejscem, dokąd poniosły mnie nogi, był Sowi kanion. Jednak żadnej sowy tam niestety nie było. W ogóle jakoś mało zwierzaków na trasie. Przyzwyczajona jestem do większej ich obecności. Wypłoszyły je pewnie dość liczne stada ludzi.


Kolejnym kanionem, który odwiedziłam z moją małą towarzyszką, był LaSalle. Kanion z dość wąskim podejściem i wysokimi urwiskami, ale najbardziej, według mnie, reprezentacyjny i często i chętnie przeze mnie odwiedzany.






Większość robi sobie tam, krótką przerwę na odpoczynek oraz "popas", a niektórzy (ci bardziej zmachani i potrzebujący orzeźwienia),  biorą sobie przy okazji zimny prysznic. :)



Wydaje mi się, że park jesienią nie ma sobie równych. Kaskady wielobarwnych liści, bogactwo poszycia, spokój, harmonia i kontemplacja. Na pewno tu wrócę jesienią...



Mimo to, wiosną można zauważyć inne kolorowe niezwykłości. 








Na brzegu rzeki Illinois kwitną właśnie dzikie kosaćce. Żółty irys jest efemerofitem i gatunkiem inwazyjnym. Został przywleczony prawdopodobnie z Europy, gdzie występuje naturalnie. 
Wielka rzeka i jej dopływy przypomniały mi pewną indiańską legendę, którą wyczytałam u Sat-Okha. Opowiada ona o królu jeziora - Shaminakh i jego córce Tosinonakh. Tosinonakh była małą rzeczką, która wypływała z głębin jeziora. Miała błękitną sukienkę z falbanami. Towarzyszyły jej ławice srebrnych ryb oraz nawoływania wodnego ptactwa. W dzień w jej toni przeglądało się słońce, w nocy księżyc i miriady gwiazd. Była wytchnieniem dla spragnionych i zmęczonych. Licznym zwierzętom i roślinom dawała schronienie oraz życiodajną wodę.  
Pewnego dnia po wielkiej burzy, wody Tosinonakh wezbrały i dotarła w nieznane do tej pory okolice. Tam napotkała potężną rzekę Misonitoo. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. To samo spotkało Misonitoo. Młoda, czysta rzeczka niezmiernie mu się spodobała. Jednak oboje płynęli w oddaleniu i w żaden sposób nie mogli się spotkać. Słyszeli się jednak i widzieli. Od tej pory ich wody opowiadały o miłości. Tosinonakh całymi dniami myślała dokąd płynie tak mocarna rzeka? Tęskniła i marzyła, że mogliby razem popłynąć w daleki świat. 
Nawet król jeziora zauważył, że usposobienie córki się zmieniło. Radosne stawały się dni po deszczu, czy ulewie, kiedy Tosinonakh mogła popłynąć dalej i przyglądać się ukochanemu.
Podczas jednego z takich spotkań Misonitoo podpowiedział jej, żeby poprosiła Ducha Deszczu o pomoc, aby mogła dla niego urosnąć w siłę.
-Jeśli to prawdziwa miłość, powiedziało bóstwo deszczu do małej rzeczki, to spełnię twe prośby.
 I rzeczywiście niedługo potem zesłał na ziemię ogromne ciemne chmury, błyskawice i deszcz. Tosinonakh wezbrała i połączyła się z ukochanym. Nikt i nic nie mógł jej powstrzymać, nawet zaborczy król jeziora Shaminakh. Rozżalony ojciec  tłukł wodami o nadbrzeżne skały i powalał olbrzymie drzewa, a odłamkami i konarami próbował zatarasować  drogę uciekającej. Nic to nie pomogło. Misonitoo otworzył swe ramiona i przygarnął ukochaną Tosinonakh. Do tej pory połączone obie rzeki nucą pieśń o miłości.

środa, 18 września 2024

"Ty pójdziesz górą, a ja doliną..." Owl Canyon, La Salle Canyon, legenda "Arrow to the Sun"

Przypomniała mi się ta stara pieśń i tak postanowiłam zacząć te moje dzisiejsze rozważania i wędrowanie.

 

A dziś zapraszam do Oglesby, IL, do parku stanowego Starved 
Rock.





I dalej za tymi skałami następne kaniony (w sumie jest ich 18), rzeka Illinois i skały piaskowca.










Zakwitły już dzikie Marcinki 💜



Gdzieniegdzie zarumieniły się liście.


Kto mógł zasiać to dzikie wino?







La Salle Canyon opustoszał późnym popołudniem jakby specjalnie dla nas.
 Z góry odkąd pamiętam spływał wodospad, ale od kilku tygodni nie było deszczu. 


W pierwszej chwili pomyślałam, że ktoś zgubił sznurówkę. 
Dobrze, że mam świetny zoom w komórce.😄😱
Okazało się, że to maleńki wąż wodny.


W tym roku jestem tu po raz pierwszy. Choć w poprzednich latach bywałam dużo, dużo częściej.
I tak sobie myślę, że najpiękniej jest tu jednak wczesną jesienią. 
Kiedy przejdą już letnie tłumy i można się tym wszystkim cieszyć w odosobnieniu.





Wie ktoś, co to za grzyby?



Park Stanowy Starved Rock powstał dzięki wodom topniejącego lodowca. Był zamieszkany od dziesięciu tysięcy lat. Ostatnie plemiona, które zetknęły się z eksplorerami: Jolliet i Marquette w czasie ekspedycji z 1673r
to Illini i Kaskaskia. Ostatnia osada to The Grand Village, która znajdowała się po drugiej stronie rzeki na wysokości parku.


Nie jest łatwo odkryć ślady bytowania ludów tubylczych. Tutejsi Indianie nie stawiali stałych budowli, żyli blisko natury, zmieniali swoje miejsce pobytu, w zależności od potrzeby. Jedynie stare zapiski wskazują, gdzie,  w momencie spotkania z badaczami, jakie plemię żyło, do jakiej grupy należało, jakim językiem mówiło i co się z nim ewentualnie stało.
Wiedza ta nie jest dość powszechna, trzeba dużo dobrej woli, by coś znalezć. 
Wierzenia Indian były różnorodne, choć można zauważyć pewne cechy wspólne. Postanowiłam stworzyć nowy cykl, do którego będę wracać przy okazji moich wędrówek, aby przekonać się, czy indiańskie legendy mogą nas nauczyć czegoś dzisiaj?

***
Dziś postaram się opowiedzieć historię Indian Acoma Pueblo na podstawie książeczki z biblioteki o tym samym tytule - "Arrow to the Sun", Gerald'a McDermott - Strzała w stronę słońca.




Dawno dawno temu bóg słońca zesłał na ziemię iskrę życia. Iskra ta trafiła do ludzkiej osady, do domu młodej kobiety i wypełniła jej serce. W taki oto sposób wysłannik bogów przyszedł na świat. Lecz kiedykolwiek chciał bawić się z innymi chłopcami, oni odganiali go od siebie i pytali: kim jest jego ojciec? Aż chłopiec postanowił go odnaleźć i opuścił dom swojej matki. Podróżował po całym świecie, aż trafił do człowieka, który uprawiał kukurydzę. Kiedy chłopiec spytał go, czy może go zaprowadzić do ojca, człowiek nic nie odpowiedział i dalej zbierał swoje plony. Chłopiec szukał więc dalej. Kiedy spotkał garncarza i zadał mu to samo pytanie, garncarz również nic nie odpowiedział. W końcu, kiedy poszedł do najmądrzejszego ze znanych mu ludzi, który umiał wyrabiać strzały. Ten na zadane pytanie, odpowiedział, że chłopiec pochodzi ze słońca. Pomógł mu wtedy zrobić specjalną strzałę, która miała go zanieść hen wysoko aż do ojca. A kiedy znalazł się przed boskim obliczem i oznajmił mu kim jest, bóg  wystawił go na cztery próby: kiva dzikich kotów, kiva węży, kiva pszczół i kiva piorunów. Chłopiec zgodził się przejść wszystkie próby, co nie było wcale łatwe. Po tym jak przeszedł ostatnią z nich - próbę błyskawicy, przemienił się, a jego wnętrze wypełniła potęga słońca. Kiedy to się stało bóg ojciec nakazał synowi wrócić na ziemię do ludzi. Chłopiec usłuchał, ponownie stał się strzałą i powrócił na ziemię do swej wioski. Ludzie ucieszyli się na jego widok i świętowali jego powrót tańcem życia, a on opowiadał im to, czego nauczył się od swego ojca.