Do kin 🎥 weszły właśnie dwa skrajnie odmienne filmy: "Barbie" i "Oppenheimer". W wielu serwisach oraz kontach na youtube pojawiło się w tytułach połączenie tych dwóch - "Barbenheimer", a także pomysł, aby w jednym ciągu obejrzeć oba.
Oppenheimer przyciągnął moją uwagę jako pierwszy już podczas reklam przed seansem Indiany Jonesa (obok Diuny 2 oczywiście, która wejdzie do kin w listopadzie). Film opowiada historię genialnego naukowca, który poprowadził projekt „Manhattan” mający na celu zbudowanie bomby atomowej. Przełom w badaniach nastąpił w lipcu 1945 roku, gdy na poligonie wojskowym Los Alamos w stanie Nowy Meksyk zdetonowano plutonową bombę o sile 20 kiloton - Trinity. W tej historii jesteśmy świadkami ogromnego sukcesu naukowców, ale obserwujemy moment ich otrzeźwienia i rozterki na temat niszczycielskiej siły broni jądrowej. Wszystko to przeplata się z życiem prywatnym głównego bohatera; z jego momentami zauroczenia, pasji i wewnętrznego konfliktu. Mam nadzieję, że nie będzie to spoiler, gdy napiszę, że na ekranie pojawiają się dwie kobiety (w tych rolach doskonała Emily Blant jako żona oraz intrygująca Femme Fatale - w tej roli Florence Pugh). Oprócz tego można wyróżnić Roberta Downeya Jr, Matta Damona oraz oczywiście Cilliana Murphy, który według mnie za rolę Oppenheimera powinien dostać Oscara.
Kiedy bomby atomowe zostają zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki, Robert Oppenheimer zaczyna mieć wyrzuty sumienia. I myślę, że to brzemię ciążyło na nim już do końca życia. Dodatkowo w czasach zimnej wojny i wyścigu zbrojeń zostaje zniesławiony i oskarżony o szpiegostwo i z bohatera osiągającego olbrzymi sukces, popada w niełaskę. Zostaje zrehabilitowany dopiero przez Kennedy'ego.
Jako ciekawostkę chciałabym Wam napisać, że University of Chicago dało przyczynek do prac nad energią jądrową. Tutaj powstał pierwszy reaktor:


