Od wielu lat obserwujemy boom na produkty ekologiczne. Nikogo już nie dziwi wzrastająca liczba gospodarstw i sklepów oferujących ekologiczną żywność, odzież, obuwie, ekologiczne środki czystości i kosmetyki. Segregowanie śmieci, używanie opakowań wielokrotnego użytku staje się niejako normą. Czy jest to wyraz spóźnionej ludzkiej skruchy, czy opamiętania się w obliczu degradacji środowiska? Może chodzi o rolę edukacji i wzrastającej ogólnej świadomości? Dziś wiemy, że zanieczyszczenie środowiska nie zagraża jedynie nam, lecz może być niebezpieczne dla naszych braci mniejszych - dla zwierząt i całego ekosystemu.
Co przyniesie przyszłość - tego nie wiemy. Pojawiają się jednak ludzie, którzy całkowicie zapragnęli zmienić swój tryb życia na proekologiczny, zapragnęli wychować swoje potomstwo w ten właśnie sposób. Wybierają zatem pieluszki wielokrotnego użytku, stosują dietę wegańską, lub wegetariańską, dbają by młody człowiek miał odpowiednie ubranka i zabawki, sami często decydują się na taki sposób zarobkowania (gospodarstwa ekologiczne, restauracje wegetariańskie, wyżej wspomniane sklepy z produktami ekologicznymi), a zamiast medycyny tradycyjnej preferują ziołolecznictwo i homeopatię.
I tu nasuwa się właśnie sedno moich rozważań - czy kolejne pokolenie wychowywane w ten, a nie inny, sposób będzie przystosowane do realiów współczesnego świata? Czy będzie umiało sobie poradzić w miejskiej dżunglii? Czy rodzice na własne życzenie nie fundują przypadkiem swym pociechom cieplarnianych warunków? Jakiegoś specyficznego klosza przed okrutnym światem? A może nie? Może właśnie podjęli decyzję o trudniejszym, a nawet siermiężnym życiu ich rodzin - życiu pod prąd.
Zdjęcia pochodzą z farmy Kline Creek powstałej pod koniec XIX w.