sobota, 30 maja 2015

W pogoni za szczęściem

Jako młoda osoba inaczej wyobrażałam sobie dorosłość. Nie było w niej miejsca na choroby, porażki, kompromisy, wybieranie mniejszego zła, rozczarowanie ludźmi, znudzenie pracą i najzwyklejsze zmęczenie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że większość poglądów i pomysłów przyjdzie mi na swojej skórze doświadczyć i zweryfikować. Kiedy byłam młodsza często byłam niesprawiedliwa w stosunku do innych, ze względu na swoje dość konserwatywne poglądy. Nie potrafiłam również dobrze pokierować samą sobą. Nie umiałam myśleć perspektywicznie, stawiać sobie realnych celów i planować. Dryfowałam sobie jak  ta kłoda drzewa po wzburzonym oceanie. Czasem myślę, że nadal to robię. Martwię się, czy będę umiała przygotować do życia mojego synka. Bycie mamą to ciągłe balansowanie między byciem nadzorcą i opiekunem. Nie zawsze jest tak jak bym chciała i nie wiem jaka jest tego przyczyna, bo staram się pogodzić wsyzstko ze sobą. Są jednak dwie sprawy, którymi chciałabym się z wami podzielić. Na początku maja mój synek przystąpił po raz pierwszy do I Komunii św. Na uroczystości co chwilę się wzruszałam, że taki już duży, że przechodzi taką jakby inicjację... (mam niestety tę słabość, że nawet na kreskówkach się wzruszam, czym wprawiam innych w ogólnie pojętą wesołość). Moja nieobecność na blogu była spowodowana, jak wiecie, brakiem czasu. Oprócz pracy, rodziny, przygotowań do komunii, zajęć dodatkowych małego i domu, wziełam sobie na głowę naukę języka (ESL - English as a Second Language). I muszę przyznać, że się opłaciło, choć nie było mi łatwo. Pod koniec semestru zadzwoniła do mnie nauczycielka angielskiego i pogratulowała wyników. Poinformowała mnie również, że college finansuje tzw. "jump start scholarship" na początek jako zachęta do dalszego studiowania. Nie mogę się zebrać i oddzwonić. Nie wiem jaką drogę wybrać. Jak wam się wydaje, co jest bardziej przydatne w życiu? Na jaki kurs byście się zdecydowali? Księgowości czy farmacji? A może coś jeszcze innego?



czwartek, 21 maja 2015

Dom Walta Disneya



   Kolejny dom, który chciałabym wam zaprezentować, to dom, w którym Walt Disney przyszedł na świat przy 2156 North Tripp w dzielnicy Hermiosa w Chicago. Dom został zaprojektowany przez mamę rysownika i wizjonera - Florę Disney i wybudowany przez tatę - Eliasa Disneya w 1891-1893.  Dom, jakich wiele w okolicy, wielokrotnie zmieniał właściciela. Osatnio zakupiony przez O-Zeel Soda Company, którzy deklarują chęć odrestaurowania  i uczynienia z tego domu miejsca pamięci Walta Disneya.




Po kilku latach od przeprowadzki do nowego domu na piętrze narodził się trzeci syn państwa Disneyów tj. 5 grudnia 1901r. - Walter "Walt" Disney, a po 2 latach po nim ich najmłodsza córka.  Rodzina Disneyów nie zagrzała jednak  na długo miejsca w Chicago. W 1909r. wyprowadzili się na farmę w pobliżu Kansas w stanie Missouri. To właśnie w Kansas dorastał twórca Myszki Miki i Kaczora Donalda, tam uczęszczał do szkoły artystycznej i stamtąd z 40 dolarami w kieszeni wyruszył na podbój Los Angeles. Pewnie myślicie, że historia jego życia, to "american dream" w czystej postaci? Częściowo mogę się z tym zgodzić, bo w życiu niekiedy bywa jak w bajce. Trzeba jednak wiedzieć, że bohater naszej opowieści z początku wcale nie miał lekko. I tylko dzięki talentowi, uporowi, zastosowaniu innowacyjnych rozwiązań i pilnej pracy osiągnał wielki sukces. Pielęgnował swój wizerunek dobrego wujaszka, ale jak wspominają biografowie, jako szef studia The Walt Disney Company i  pomysłodawca prac nad Disney World w Orlando na Florydzie był niezwykle wymagający.