piątek, 6 kwietnia 2012

O poświęceniu słów kilka

Głowę zaprząta mi temat poświęcenia. Gdyby chcieć sformułować definicję, to wydaje mi się, że prawdziwym altruistą jest człowiek, który potrafi  zapomnieć o sobie i o swoich potrzebach i świadczyć dobro osobie niespokrewnionej. Biorąc pod uwagę zasady darwinizmu, "w świecie rządzonym przez  kły i pazury", bezinteresowność nie ma racji bytu. Neurobiolodzy twierdzą nawet, że altruizm jest dobrze zakakmuflowanym egoizmem, gdyż podczas ofiarowywania pomocy rośnie w mózgu poziom neuroprzekaźników odpowiedzialnych za przyjemność. Z kolei przedstawiciele nauk humanistycznych uważają, że  zdolność do poświęcenia się na rzecz innych to najlepsza strona ludzkiej natury, to podstawa na której budujemy swoje człowieczeństwo.
Okazuje się jednak, że nawet tak szlachetna cecha może prowadzić do wynaturzeń. Osoby wyczulone na krzywdę innych bardzo często same stają się ofiarą. Gotwość do poświąceń jest niestety wykorzystywana, a osoby obdarzone wyjątkową empatią same cierpią. Brak asertywności powoduje, że  żyją w przakonaniu, że jeśli będą się wystarczająco starać los innych zmieni się na lepsze. Niestety zapotrzebowanie zwiększa się w tempie geometrycznym.
Znana wszystkim artystka estradowa Violetta Villas, czy malarka Bożena Wahl ze swych domów uczyniły przytuliska dla zwierząt. Poruszają nas historie o ludziach, którzy są właścicielami prywatnego ZOO, czy schroniska. Zwłaszcza wówczas, gdy niegospodarność właścicieli doprowadza do sytuacji, kiedy nie mają czym karmić swoich podopiecznych. Pytanie czy w takich przypadkach akt pomocy jest rzeczywistą pomocą?
Jak można zapobiec wynaturzeniom? Robiąc coś dla innych warto chyba interesować się, czy rzeczywiście temu komuś pomogliśmy, czy nasza pomoc mu, ale i nam po prostu nie szkodzi.
A tak na sam już koniec, chciałabym przedstawić czytelnikom moich zapisków postać, o której jedynie czytałam, a która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Tą osobą jest Wanda Błeńska - lekarka i misjonarka. Pani doktor pracowała przez ponad 40 lat w Ugandzie z osobami chorymi na trąd. Nazywali ją "Matką Trędowatych", albo w skrócie "Dokta".   W chwili obecnej ma 101 lat i jakby nigdy nic mieszka sobie w Poznaniu i jeździ niczym innym jak tramwajami... Zwykła powtarzać: "Jeśli macie dobre, świetlane pomysły, to je pielęgnujcie. Nie dajcie im zasnąć, nie odrzucajcie ich." O tak! Tacy ludzie są też obok nas.

4 komentarze:

  1. Dobre, bardzo dobre pytanie, czy pomocą jest przygarnianie zwierząt pod swój dach połączone z niemożnością ich wykarmienia. Czy wtedy nie lepiej nastawić się na ilościowo mniej, a jakościowo bardziej wydolnie? Jako właścicielka ośmiu kotów, plus kilki żerujących na mojej do kotów słabości, nie wyobrażam sobie, że one nie mają co jeść.
    A słowa pani Błońskiej powinien usłyszeć świat. Niby takie proste, a takie trudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie o to mi chodziło! Nawet osoby mające szlachetne pobudki mogą się zapomnieć w swej ofiarności i w rezultacie wyrządzić sobie lub innym jakąś szkodę.
      Szkoda, że osoby takie jak Wanda Błońska nie goszczą na pierwszych stronach tabloidów...

      Usuń
  2. Pomaganie komuś jest dużo trudniejsze niż nam się na ogół wydaje. Dawanie ma bardziej kruchą konstrukcję niż branie, bo zazwyczaj źródłem jego jest szlachetny poryw serca. Odbiorcą natomiast bywa człowiek (gdyby skupić się tylko na nim), który nie czuje się godny, by przyjąć jakikolwiek dar, bo na niego - dobrze to wie jeśli jest uczciwym człowiekiem - nie zasłużył. I owszem, ludzie, którym się pomaga w tarapatach zwłaszcza finansowo-socjalnych są na początku bardzo wdzięczni, że wyciągnięto ich z kłopotów, ale na dnie ich serc leży nieprzyjemne uczucie zwane upokorzeniem, że po pierwsze znaleźli się w takiej sytuacji, po drugie, że ktoś ich w tej sytuacji "odnalazł" i był tym lepszym, miłosiernym, który pomógł. Myślę - idąc dalej, a to oczywiście moja prywatna opinia, że bezdomni, włóczędzy i wszelkiej maści nędzarze w głębi duszy nienawidzą tego, kto daje im pieniądze, chleb czy koc i koszulę. Oni nie mają wyboru: będą dziękować mniej lub bardziej wylewnie, niemniej sytuacja ich serca jest bardziej skomplikowana. Oni najczęściej są już zepsuci tym dawaniem, wręcz oczekują go od innych. Dającego uważają za frajera. W najlepszym wypadku. Tym ludziom trzeba pomagać inaczej, szukając innych dróg ratunku, z których SAMI umieliby wyjść, takich zwłaszcza w których odnaleźliby zagubioną godność.
    Dawanie, pomaganie to najtrudniejsza rzecz pod słońcem. Poza empatią trzeba mieć morze, jeśli nie ocean mądrości.
    Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jałmużna w wielu przypadkach nie jest rozwiązaniem. Mam jednak świadomość, że dla wielu jest znacznie prostsza niż osobiste zaangażowanie w pomoc, dlatego też większość na tym właśnie poprzestaje. W przypadkach, o których wspominasz konieczna byłaby pomoc osoby doświadczonej i stanowczej, która miałaby chęć i czas wspólnie pochylić się nad problemem i zechciałaby pomóc odnaleźć się osobom potrzebującym w realiach codziennego życia. Taka osoba swym zaangażowaniem powinna dawać nadzieję i aktywnie krok po kroku i dzień po dniu, na nowo przywracać zagubionych do funkcjonowania w społeczeństwie. Powinna wiedzieć i umieć wytłumaczyć, że strach jest złym doradcą i że warto próbować, bo nawet najwybitniejszym ludziom zdarzają się porażki i słabsze chwile, ale tym się różnią od maluczkich, że tak łatwo się nie poddają.

      Usuń